A może by tak zacząć jeździć na rowerze?

Cała Polska biega. Biegają młodzi i starzy. Biegają znajomi, których nie podejrzewałam o to, że kiedykolwiek ruszą się zza korporacyjnego biurka. Biegają politycy, celebryci i blogerzy. Nawet szary Kowalski truchta wokół bloku, bo usłyszał gdzieś, że to modne.
Biegają wszyscy. Dlatego ja nie biegam. Bieganie nigdy mnie nie pociągało i zawsze wydawało mi się nudne. Należę do mniejszości, która nie marzy o tym, by przebiec maraton. Mam za to inne marzenia.


A może by tak znowu zacząć jeździć na rowerze?
– przemknęło mi przez myśl w pewien słoneczny, wiosenny poranek. Co z tego, że odstawiłam rower do piwnicy na długie 10 lat? Przecież jazdy na rowerze się nie zapomina, przekonywałam samą siebie.
Nigdy nie byłam wyczynowym rowerzystą, traktowałam jazdę na rowerze wyłącznie rekreacyjnie, ale sprawiała mi dużą przyjemność. Sama nie rozumiem, dlaczego przez tyle lat nie wsiadłam na rower. Czas to zmienić.

Ale czy uda się po tylu latach przerwy?
„Na rower nigdy nie jest za późno!” powtórzyłam sobie kilka razy i ruszyłam do piwnicy. Z pewną nieśmiałością wyciągnęłam zakurzone dwa kółka, usiadłam, odbiłam się i naprzód! Hurra, jadę!!! Jest fantastycznie!!!
Jednak już po chwili euforii poniosłam spektakularną porażkę. Wstyd się przyznać, ale z trudem i piekącym bólem mięśni przejechałam zaledwie 3 km i wróciłam do domu. Speszona, zrezygnowana i zawstydzona własną niemocą. Odstawiłam rower do piwnicy stwierdzając, że nic z tego nie będzie. To nie dla mnie. Jestem żałosna, spasowałam już po 3 km. Nadaję się tylko na emeryturę.

To były najgorsze 3 km na rowerze w życiu. Tak to się kończy, gdy blondynka na miejsce swojej pierwszej (po dziesięcioletniej przerwie) przejażdżki rowerowej wybiera mocno pagórkowaty teren i umiera na pierwszym podjeździe. Nie popełniajcie tego błędu.

Rower wjechał mi na ambicję.
A właśnie, że przejadę więcej niż 3 km! Zawzięłam się. Stopniowo wydłużałam dystans, przyzwyczajając organizm do wysiłku, a mięśnie do innego sposobu pracy niż przy chodzeniu. To, że często chodziłam na kilkukilometrowe spacery okazało się nie mieć większego znaczenia. Podczas jazdy na rowerze mięśnie pracują zupełnie inaczej.

Łatwiej byłoby mi na nowo zaprzyjaźnić się z rowerem gdybym miała do dyspozycji odcinek płaskiej, prostej drogi. Ale w okolicy, jak na złość, same pagórki, podjazdy i zakręty. Zamiast narzekać spojrzałam na to inaczej – dzięki takiemu ukształtowaniu terenu szybciej przyzwyczaję się do wysiłku, a gdy kiedyś wreszcie przejadę kilkanaście km po tych swoich pagórkach to tak jakbym przejechała dużo więcej po płaskim terenie.

Donauradweg

Początki były trudne i zniechęcające. Musiałam wyznaczyć sobie cel, który by mnie motywował.
I wtedy, prawdopodobnie w chwili jakiejś umysłowej niedyspozycji, wpadłam na niedorzeczny pomysł: spełnię jedno z marzeń z kategorii „zwariowane, czyli chciałabym, ale się boję”.

Cel, do którego zmierzam: pierwsza w życiu wyprawa rowerowa
Nic tak nie motywuje do działania, jak jasno określony cel, na osiągnięciu którego bardzo nam zależy. Mnie dodatkowo zmotywowały te feralne trzy kilometry, na których niemal wyplułam płuca. Chciałam udowodnić samej sobie, że jestem w stanie pokonywać na rowerze większe odległości niż do kiosku po gazetę.  Ale żeby od razu porywać się z motyką, to znaczy z rowerem, na kilkusetkilometrową trasę? To już trzeba być niespełna rozumu.
Im częściej o tym myślałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zwariowałam.
Przecież nie dam rady.

Ale trudno, podjęłam już wyzwanie.
Muszę dać radę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *