Direttissima! Satysfakcja gwarantowana.

Spojrzałam w górę i zobaczyłam niemal pionową ścianę, na której dwaj narciarze walczyli właśnie o przetrwanie. Zdaje się, że przecenili „nieco” swoje umiejętności, lodowa ściana jak na razie nie dawała im szans. Miałam przed sobą Direttissimę – podwójnie czarną trasę. Musiał ją wytyczyć jakiś szaleniec – pomyślałam.

Co (nie)podobało mi się w Obertauern.

Świetnie zaprojektowana sieć wyciągów, działająca w obu (!) kierunkach karuzela narciarska, dobre warunki śniegowe, 100 km tras, imponująca oferta après-ski, ekskluzywne hotele blisko stoku plus nieco snobistyczna atmosfera. Oto Obertauern – spełniony sen niejednego narciarza. W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu.

Austriacka miska śniegu

Zwyczajny, zimowy dzień w Obertauern: dzieci lepią bałwana i rzucają śnieżkami, piszcząc przy tym z radości. Po ulicach jeżdżą olbrzymie ciągniki z łańcuchami na kołach i pługiem do odśnieżania i próbują „odkopać” miasteczko spod śniegu. Uzbrojeni w łopaty ludzie szukają w zaspach śniegu swoich samochodów.

Pierwsza dzienna sześćdziesiątka

Wyznaczyłam sobie cel, podjęłam wyzwanie i wtedy dopiero się zaczęło… Przyszedł czas na konkretne działania. Na zrobienie kilku „małych” kroków, które miały mnie do tego celu przybliżyć. Między innymi na zmierzenie się z samą sobą – próbę przejechania 50 km w ciągu 1 dnia. Założyłam, że 50 km to absolutne minimum podczas podróży wzdłuż Dunaju.

A może by tak na lodowiec?

Wiosna to najlepszy moment na białe szaleństwo w Alpach, dlatego od lat jeżdżę na narty do Austrii właśnie w marcu. To idealny miesiąc. Mam wtedy wszystko, czego narciarz potrzebuje do szczęścia: świetnie przygotowane stoki, bardzo dobrą infrastrukturę, dużą liczbę tras, słońce, błękitne niebo i majestatyczne góry.  A do tego pyszne jedzenie.