„Papierowe marzenia” Richarda Evansa. Jak odebrać komuś przyjemność czytania książki.

To mogła być piękna, wyciskająca nawet łzę wzruszenia, opowieść o sile ojcowskiej miłości. To mogła być również dobra książka o znanym każdemu z nas pragnieniu „życia naprawdę”. To mogła być wreszcie całkiem interesująca historia o mężczyźnie, który pragnie pięknej kobiety i o kobiecie, która pragnie pięknych sytuacji. Mogła być. Ale nie jest. Z jednego powodu.

Nie lubię, gdy ktoś polecając mi film streszcza jego akcję. Lub zachwalając książkę opowiada ze szczegółami jej fabułę. Odbiera mi tym samym całą przyjemność płynącą z obejrzenia filmu lub przeczytania książki. A to już jest świństwo 😉
Dlatego nie zrobię wam tego, nie opowiem o czym jest ta książka. Nie odbiorę wam (resztek) przyjemności przeczytania „Papierowych marzeń”. Bo zrobi to sam autor.

No właśnie…wystarczy przeczytać pierwszą stronę tej książki, by wiedzieć, co się w niej wydarzy. Wystarczy przeczytać prolog, by zorientować się, jakie będą koleje losu bohatera. Potem można zamknąć książkę i odłożyć ją na półkę. Bo po co czytać dalej, skoro niemal wszystko już zostało powiedziane? Tylko głupiec nie domyśli się, jaka jest fabuła tej książki. Ale głupcy (zazwyczaj) nie czytają książek. Oto przepis jak zepsuć komuś przyjemność czytania książki – umieścić jej streszczenie na pierwszej stronie.

„Papierowe marzenia” Richarda Evansa to taka współczesna wersja biblijnych przypowieści o synu marnotrawnym i miłosiernym Samarytaninie. A właściwie o dwóch synach marnotrawnych, bo słowo „marnotrawny” ma dwa znaczenia. Poznacie je, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę.
To opowieść o źle pojętym pragnieniu „korzystania z życia”, zbyt łatwym uleganiu wpływom środowiska i błędach młodości. O nagłym zachłyśnięciu się pieniędzmi i równie nagłej drodze od milionera do zera, z luksusowego hotelu do miejskiego kanału. Oczywiście jest również wątek miłosny (jak to u Evansa).

Klamrą spinającą wszystkie wydarzenia jest ojcowska miłość – głęboka, cierpliwa, pełna zrozumienia i gotowości do wybaczania. Szkoda, że w realnym świecie niewielu ojców potrafi tak mądrze i prawdziwie kochać swoich synów, dać im w dzieciństwie silne korzenie a w młodości dmuchnąć w ich skrzydła. Fabuła książki nie jest porywająca, ale to nie ona jest tutaj najważniejsza, najważniejsze są relacje między ojcem a synem.

Każdy, kto czyta Evansa, wie, że nie jest to literatura wysokich lotów. To raczej lekkie, pełne emocji, nieco moralizujące w tonie opowieści dotykające życiowych spraw i wyborów. Lubię je, bo doskonale sprawdzają się jako niezbyt wymagająca lektura na jeden wieczór, przyjemna odskocznia po całym dniu pracy. Jednak „Papierowe marzenia” to najsłabsza z jego książek, które dotąd przeczytałam. Irytuje w niej całkowicie przewidywalna fabuła, wyraźny podział bohaterów na dobrych i złych (żadnych odcieni szarości), drażni zbyt mentorski ton.

Podsumowując: to książka na jeden wieczór. Banalna, irytująco przewidywalna, lekko napisana. Czyta się ją błyskawicznie. Jeżeli szukasz czegoś, żeby się zrelaksować – sięgnij po nią śmiało. Jeżeli rozglądasz się za interesującą książką z zaskakującą fabułą – rozglądaj się dalej :-)

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *