Kraków. Pierogi na Sławkowskiej – podróż sentymentalna.

Czasem człowiekowi przychodzi do głowy myśl, aby odwiedzić miejsce, w którym dawno temu bywał i z którego ma dobre wspomnienia. I postanawia odbyć coś w rodzaju „podróży sentymentalnej”.  Jednak taka podróż niekoniecznie musi być przyjemna. Równie dobrze może się okazać rozczarowaniem i zniweczyć dobre wspomnienia.

Po kilku godzinach biegania po Krakowie i załatwiania różnych spraw mam coraz większą ochotę na zjedzenie czegoś. Czegoś nie znaczy jednak czegokolwiek. Jestem akurat w okolicy Rynku, postanawiam udać się na Sławkowską i sprawdzić, czy lokal, do którego kiedyś (a konkretnie kilka lat temu) czasem wstępowałam, jeszcze istnieje. A jeżeli nadal istnieje, to czy nadal jest w nim dobre jedzenie. A konkretnie pierogi.

I tak oto po kilku latach przerwy ponownie trafiam do „Zapiecka” na Sławkowskiej. Niewielki lokal, w środku tylko 6 stolików. Ściany w ciepłym, żółtym kolorze. Wnętrze przypominające wiejską chatę: proste, drewniane stoły i krzesła, gliniane naczynia, zwisające z sufitu patelnie i wagi. Przytulnie tu, swojsko. Na ścianach tabliczki z zabawnymi tekstami:

pierogarnia Zapiecek w Krakowie

wnętrze pierogarni Zapiecek w Krakowie

Przy ladzie imitacja kaflowego pieca, w którym teraz jest okienko do zwrotu naczyń. Dawniej w tym właśnie okienku siedziała sympatyczna babcia i lepiła pierogi. Ośmielę się nawet stwierdzić, że babcia tworzyła klimat tego miejsca.

Pamiętam „Zapiecek” z początków jego istnienia, wtedy jeszcze pod inną nazwą (chyba „Pierogarnia”). Jeśli dobrze pamiętam była to pierwsza (a już na pewno jedna z pierwszych) pierogarnia w Krakowie. Podawano tam naprawdę dobre pierogi, na które często wpadaliśmy ze znajomymi. Tak dobre, że miało się ochotę zjeść je razem z talerzem. I czasem faktycznie nieco te talerze nadgryzaliśmy :-) To była kolejna atrakcja pierogarni – jadalne, zrobione z otrąb talerze. Coś takiego widziałam wtedy po raz pierwszy w życiu.

rustykalny wystrój pierogarni Zapiecek w Krakowie

Zmieniła się nazwa lokalu. Nie ma babci lepiącej pierogi. Nie ma jadalnych talerzy. Jestem tym nieco rozczarowana. Ale nadal są pierogi. Mam nadzieję, że równie dobre jak kiedyś.

Obserwuję gości: starych i młodych, uczniów i studentów, panów w garniturach i emerytów. Są również obcokrajowcy, którzy widocznie zdążyli już zasmakować w naszej „potrawie narodowej”. Wszyscy zajadają się pierogami: ruskimi, kresowymi, z mięsem, z kapustą i grzybami, ze szpinakiem i z brokułami. Wiele osób wpada tylko na moment by zabrać pierogi na wynos. Duży ruch w Zapiecku to jednoznaczny dowód na to, że pierogi są smaczne.

Do wyboru kilkanaście rodzajów pierogów, wytrawnych i bardziej deserowych (z jabłkami, śliwkami, borówkami z bitą śmietaną). Ceny rozsądne: 10-12 zł za porcję (10 pierogów). Droższe są tylko pierogi z łososiem (15 zł).
Czas złożyć zamówienie. Decyduję się na kresowe z kaszą gryczaną i wątróbką. Z radością stwierdzam, że pierogi są smaczne. Mięciutkie ciasto (co rzadko się zdarza w tego typu lokalach), nie za grube i nie za cienkie, takie w sam raz. Dobry farsz, odpowiednio doprawiony. Zjadam je z przyjemnością.

Nie mogę się oprzeć i na wynos zamawiam jeszcze pierogi ze szpinakiem i z łososiem. „Testuję” je wieczorem w domu – pyszne. Moja „podróż sentymentalna” zakończyła się szczęśliwie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *