„Woda różana i chleb na sodzie” – czegoś mi brak…

„Woda różana i chleb na sodzie” to kontynuacja bardzo dobrej  „Zupy z granatów” Marshy Mehran. Ta sama autorka, te same bohaterki, równie apetyczny i pobudzający wyobraźnię tytuł, równie piękna okładka, ale książka … jakby słabsza i w innym stylu niż pierwsza część.

Szkoda, bo spodziewałam się równie smakowitej uczty dla zmysłów jak podczas czytania pierwszej części. Zachwycona „Zupą z granatów” niemal natychmiast sięgnęłam po jej kontynuację – „Wodę różaną i chleb na sodzie”. I trochę się rozczarowałam. Nie odnalazłam w tej książce niepowtarzalnego klimatu Café Babilon, nie poczułam zapachu egzotycznych przypraw, nie zachwyciłam się tak jak poprzednio przepisami na orientalne potrawy.

W „Zupie z granatów” każdy rozdział otwierał – niczym motto – oryginalny przepis na przygotowywane przez siostry Aminpur danie, a smaki i zapachy były niemal bohaterami książki. W drugiej książce autorka nie zachowała tego układu, przepisy znajdziemy upchnięte na końcu książki, a smaki i zapachy perskiej kuchni nie są już takie istotne.

„Woda różana i chleb na sodzie” to zupełnie inna książka. Inna nie oznacza jednak zła. To bardziej powieść obyczajowa, poruszająca tematy miłości, przyjaźni, wiary w Boga, konieczności wybierania pomiędzy mniejszym a większym złem, przestrzegania prawa, a nawet aborcji.

W życiu głównych bohaterek zachodzą poważne zmiany. Lejla – najmłodsza z sióstr – wkracza w okres dojrzewania i zaczyna się buntować przeciwko najstarszej Mardżan. Poraniona przez życie Bahar szuka swojej drogi, zaczyna interesować się duchowością i coraz bardziej pociąga ją … chrześcijaństwo. Powoli dojrzewa do pewnej przełomowej decyzji.
Mardżan zaczyna rozumieć, że nie może poświęcić całego życia na opiekowanie się siostrami, że sama również ma prawo do szczęścia. I gdy pozwala sobie na to szczęście zakochuje się w przystojnym, angielskim pisarzu, który wydaje się być mężczyzną jej życia. W międzyczasie jednak zawsze gotowa do niesienia pomocy innym wplątuje się w sprawę tajemniczej „syrenki”, którą jej przyjaciółka Estelle Delmonico znalazła nieprzytomną i ranną w zatoce. Mardżan i Estelle pomagają dziewczynie i narażają się stróżom prawa…
Oczywiście wszystkie zmiany zachodzące w życiu sióstr Aminpur sprawiają, że miasteczko znów huczy od plotek.

Nie jest to książka sensacyjna, a mimo to wciąga. Czyta się ją lekko i przyjemnie.  Tym bardziej, że autorka w fantastyczny sposób oddaje atmosferę małego, prowincjonalnego miasteczka, w którym wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Naczelna plotkara – Dervla Quigley – uważa, że „jej język, użyty z odpowiednią mocą, mógł, kiedy trzeba, przenosić góry i Babilony”. To zabawna, ale i żałosna postać. Nic w życiu innych mieszkańców nie może odbyć się bez jej wiedzy, a ona sama uważa się za moralną wyrocznię.

„Woda różana i chleb na sodzie” to dobra lektura na jesienny wieczór.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *